Smo ma prawdziwą obsesję na punkcie butów. Uwielbia przymierzanie butów, jak jesteśmy w Galerii jakiejś, to sklepy z zabawkami mogą nie istnieć, ale przed każdym obuwniczym się zatrzyma, zakomunikuje, że "buti, buti", czasem nawet do niego wejdzie (staramy się tego unikać, bo potem ciężką ją odłowić).
A ja mam obsesję zakupów internetowych (no większość rzeczy kupuję przez net, bo i wygodniej i taniej). Często wiec przychodzi do nas "pocia" (poczta). Zamówiłam też tak paputki dla Laurona. Przyszły.
L (na dzwięk dzwonka) Co to?
Ja Pewnie poczta
L Pocia?
J Pewnie twoje butki
Otwieramy, faktycznie poczta i butki. Od tamtego dnia ilekroć laura słyszy "poczta" lub widzi panią listonosz dopytuje z nadzieję:
Buti??
No cóż...
Znów chora (zatoki mi zmasakrowało), a dzieciarnia sobie szaleje. Młody sypia wyłącznie w chuście. Właściwie wyjmuję go na karmienie i przewijanie. W nocy śpi, ale niech no tylko wstanę, to koncertuje. No cóż. Najwyraźniej przeczytał wcześniejszą notkę i postanowił nie mieć gorzej :P
Laura codziennie dorzuca jakieś słowo do swojego słownika. W ogóle coraz lepiej idzie nam komunikacja. Jest tylko nieziemsko miągwiąca po drzemce popołudniowej. Nic tylko do szafy zamknąć. Ale zamiast tego wrzucam na plecy. Ludzie, plecak prosty jest prosty i jest cudowny!!
Ja z przerażeniem stwierdzam, że zajmowanie się dziećmi, gotowanie, pranie, etc pochłania mi niemal pełen etat pracy. Żebym jeszcze robiła coś kreatywnego, ważnego, doniosłego. No choć może dobre obiady, zadowolone, czyste dzieci są osiągnięciem.
A w ramach rozpusty - dostałam boską torebkę od męża, wypatrzoną (też przez niego) już przed świętami. Sprawiłam sobie kubek termiczny Sigg w kolorze limonkowym i wreszcie piję gorącą herbatkę, nawet jak w międzyczasie muszę zająć się dzieciarnią. A żeby nie było tak konsumpcyjnie - czytam sobie LeGuin "MIsto Złudzeń". Starsza śpi, młodszy śpi. Starsza cudnie w łóżku, młodszy na mnie w chuście. Jest ok, choć chyba mój kręgosłup zaczyna odczuwać lekki dyskomfort.
Ma smoczek.
Mama nie biegnie na pierwszy pisk
Mama nie bierze na ręce na drugi pisk
Mama usypia w wózku ze smoczkiem (dziecko usypia, nie sama. Sama usypia nad rączką wózka)
Dostaje Bobotic na kolki
Mama ma jakby mniejszą ochotę rezygnować z nabiału
Rozważa odkładanie do wózka w nocy, ale nie udaje się jej bo zasypia karmiąc (a potem się budzi zdziwiona że dziecko znów chce jeść, a minęły jednak 2 godziny)
Ale...nosi w chuście więcej niż pierwsze (bo wtedy jeszcze się nieco bała)
Dzieć ma bardziej wypasioną chustę, bo mama zaczęła dostrzegać róznicę, że cena często jednek idzie w parze z jakością (ok, nadal nie kupuje chust kolekcjonerskich)
Dzieć testuje chusty - elastyka, czeka na tkaną, a ostatnio nawet kółka. Choć kółka jak na razie testowała Laura, bo malucha się bałam wrzucać.
Na razie się głównie dokształcam:
http://www.szkolachustonoszenia.pl/index.php/chusta-na-kokach.html
http://www.jendrulino.pl/pl,info,Instrukcja-noszenia-w-chuscie-kolkowej
Acha, no i pierwsze dostało większy zestaw pieluch na dzien dobry, bo już matka oblatana w temacie. Młodsza na początku głównie tetrowa, a młodszy ma nawet formowanki miniaturowe.
No więc w sumie ma gorzej?
Dodatkowo matka ma wyrzuty sumienia względem starszej, że nie zawsze ma czas dla niej. I czuje się winna troszkę. Jakoś trudno podzielić miłość na dwójkę. Bo kocha się je tak samo mocno, tylko z każdym ma się inne porozumienie. I boli tylko, że się rozdwoić nie da jak akurat oba chcą bardzo czegoś w tym samym czasie.
Chociaż ostatnio niczym matka polka - starsza płacze po drzemce, młode płacze bo jeść - starsza została wrzucona w chuście na plecy, co już ją uspokoiło, młodsze zostało nakarmione na rękach, mama jedną nogę miała na krześle, żeby wygodniej dziecko młodsze podtrzymać. Nie było komu zrobić fotki, więc trzeba się wykazać wyobraźnią. Ale podejrzewam, że wyglądałam dość zabawnie.
Choć jak wiadomo wszyscy i tak rozczulają się nad "noszącym" facetem, a nie kobietą:
I dwójka rodziców. Jeszcze nie zwariowaliśmy, wszyscy żyją i mają się nieźle (poza atakiem grypy żołądkowej, tudzież innego wirusa). Nie mogę się za to zebrać, żeby napisać coś więcej.
Młody je, śpi, ma dni świetne i dni kiepskie. Jest wrażliwcem, ma delikatną skórę i chyba też niestety skazę :( Potrafi przeleżeć masę czasu sam na łóżku czy w wózku albo ma dzień jak dziś, że siedzi cały czas w chuście (z przerwami na jedzenie).
Laura jest tak już duża i tak szalenie dużo rozumie, że aż jestem przerażona. Jak mały płacze pokazuje na butelki, mówi "am" albo idzie po smoczek. No bo wiadomo, że trzeba nakarmić, zasmoczkować. Mniej podoba się jej, że Bruna nosimy ;) Choć już powoli zauważa, że jak młody w chuście to nie beczy, a by się możemy z nią bawić. Nauczyła się wczoraj mówić "shinsengumi". Wzięła moją ksiazkę i pyta "co to", to odpowiedziałam "książka o shinsengumi", więc powtórzyła "gumi gumi". Ha!
Ale opiszę kiedyś poniedziałek - dzień kiedy zostałam z nimi sama, T wrócił do pracy. Tytułem podsumowania stwierdziłam, że obrona doktoratu to pikuś w porównaniu z ogarnięciem chaosu dwójki małych dzieci, które jednocześnie coś chcą. I dziwię się, że tak mało ludzi ma tytuł dr, a całkiem sporo dwójkę dzieci. T. mówi, że to kwestia tego, że do dr trzeba te 4 lata przygotowań, a o dziecko jednak się stara krócej i nie zawsze planowo. No może ;)
Lauron mnie wczoraj rozczuliła niezwykle. Nie wiem na ile świadomie, ale hasło "braciszek w brzuchu" wywołuje w niej falę czułości, głaska mój brzuch, tuli się (czasem niezbyt delikatnie ;) ), a wczoraj wzięła kubek z wodą, podeszła, podniosła bluzkę i usiłowała mój brzuch napoić (pakując mi dziób niekapka w pepek). W sumie i auuuć i jejuniu. No rozczuliałam się po prostu.
Laura równie długo zasypia, co się budzi. Zwłaszcza z drzemki. Rozbudzanie trwa czasem z pół godziny i objawia się przytulaniem, koniecznością noszenia, czasem pojękiwaniem, płakaniem.
Wczoraj też tak było - marudzenie, jojczenie. Ale...zobaczyła ciasto na stole. Oczy jej się zaświeciły, wyciągnęła łapki i zakomunikowła "chce". Było jakieś 5 minut od wstania. W efekcie na obiad zjadła ciasto, na deser obiad. Może być :)
Dostała na Mikołaja. Dwie inne książeczki czekają w szafie. Dołączam do zachwyconych pomysłem, ale Młoda jeszcze chyba za młoda. Szkoda że bohaterowie - zwierzątka nie są bardziej podobne do zwierzątek, bo na razie Smo słabo je rozpoznaje. Ale myślę, że przed nami będzie potem masa godzin spędzonych na oglądaniu i opowiadaniu.
A dziś maupiatka wygoniła nianię z domu. Wróciłam od dentysty, niania opowiada co robiły, młoda brykała, wię cmówi, ze kota za ogon, cos tam, coś tam, a Laura w tym czasie zaczęła jej mówić i robić "papa", coś tam gadać i ogólnie odwracać uwagę. Ale chyba jej się głupio zrobiło, bo dała niani buziaka na dowidzenia. Hm.
Mamy w domu małą małpkę a nie dziewczynkę... Wdrapuje się na wszystko - krzesła, stoły, parapety. Ma bardzo silne ręce i podciąga się bardzo zawodowo. Wczoraj postanowiła jednak zaliczyć kolejny level wspinaczkowy - wlazła na krzesełko uczydełko, na jego oparcie, a stamtąd do turystycznego łóżeczka z kulkami. Podciągnęła się na krawędź łóżeczka, pobalansowała i wskoczyła w kulki. Zamarliśmy z szoku, gotowi lecieć i łapać. Okazało się niepotrzebne. Gorzej będzie jak postanowi wyjść z tego łóżeczka. Podłoga jednak raczej mało amortyzuje.
Nie zgadzam się na to, żeby Smo się oddrzemkowała! Ja wiem, że dzieci kiedyś przestają sypiać w dzień, ale powinno to następować bliżej 2 urodzin, a najlepiej 5 :P Niech idzie w ślady swego taty do licha i sypia! Albo ewentualnie w moje i nie sypia ale pada wieczorem przed 19. A tu mamy brak drzemki i szaleństwa do 20:30. No dobra...dziś padła. Na mnie. O godzinie 17:10. Za nic nie chciała się odłożyć, więc jak T. wrócił zastał mnie wtuloną w fotel i jęczącą (ciąża plus 10 kg słodyczy na brzuchu powoduje bardzo silną zgagę!!), Młodą przeniósł do łóżka, pospała jeszcze z pół godzinki (do 18 w sumie). Zasnęła o 21. I oglądała dziś dużo bajek, bo matka z nieśpiącym dzieckiem w którymś momencie traci cierpliwość i nie ma ochoty na rysowanie/książeczki/bawienie w gotowanie/etc, tylko chce pilnie posiedzieć. Tata po powrocie z pracy w piątek też nie ma za wiele energii - pohuśtał/popisał/pogotował i zaproponował bajki. No więc dziś był i Kot Filemon i Świnka Peppa i Hello Kitty - Śpiąca Królewna. No cóż - mieliśmy plan, że dziecko nie będzie oglądać bajek co najmniej do 2 roku życia, a jak już to max do 1h dziennie. Naiwniaki byliśmy :PI naprawdę błogosławię nianię, bo bez niani mój kręgosłup i zdrowie psychiczne byłyby dziś w gorszej kondycji. A tak młoda była na długim spacerze. Tylko czemu do licha te spacery jej nie męczą? Powinna padać na pyszczek i spać.
A w ramach "mam dość czytania" zamówiłam właśnie książki dla niej. Sztuk 3. Będzie co czytać ;) Gaiman nadal ją nudzi, szkoooooda.