Filed under: posterous

Uznaliśmy, że jednak ciężko może być ogarniać dwa Potwory, poza tym Lauron należy raczej do wymagających dzieci, a ja mam coraz mniej siły na jej szaleństwa. Wymiękam czasem kompletnie na placu zabaw, jak trzeba ja wkładać na zjeżdżalnię, sadzać i ściągać z huśtawki. No a jak będzie Junior, to może być też różnie. Poszukaliśmy więc niani. Tzn nianię miałam upatrzoną dawno, tylko niestety zajęta była. Ale w międzyczasie się zwolniła i tak mamy Panią Ulę. Nianię wypatrzoną przeze mnie i znajomą na placu zabaw, szalejącą z dziećmi, potrafiącą je zagadać, ośmielić, opowiadającą non stop co się robi, co się widzi... Dla Laury ideał.

Po pierwszym razie z nianią się kompletnie w niej zakochała. Jak zaczyna się ubierać, to mach już mi i mówi "papa" - wie, że zaraz pójdzie z nianią na spacer. Je z nią czasem lepiej niż ze mną. I nauczyła się chodzenia za rączkę!! Mnie i T. nie udało się tego osiągnąć. Ale na szczęście teraz z nami też za rękę chodzi. Uff. Poszło zupełnie bezboleśnie. Młodzież dorosła. Wspominam z niedowierzaniem etap lęku separacyjnego. Teraz mam małą, ciekawą świata, odważną dziewczynkę.

Jednak ja wraca ze spaceru uśmiecha się do mnie i przytula. Ufff :)

Niania póki co przychodzi niecodziennie (odbiera i zaprowadza jeszcze inne dzieci do i z przedszkola i troszkę się nimi zajmuje) i na razie na krótko. Tak żeby Laura się oswoiła, przyzwyczaiła i nie poczuła odrzucona jak będzie Mały. Zobaczymy.

Ja dzięki niani mam więcej energii i więcej cierpliwości dla niej. Udało się zredukować liczbę bajek... troszkę mnie to męczyło, że siedzę z nią przed komputerem i oglądamy. No i coraz więcej mówi i kombinuje. Niania nauczyła ją puszczać oczko, trenują posyłanie całusków. To dziwne uczucie, że dziecko robi coś, czego my jej nie uczyliśmy. Chyba jednak pora się przyzwyczajać.

Miał rację Tomek kiedy stwierdził, że jak się panna nam rozgada, to będzie ciężko ją zamknąć. No i gada. Głównie po swojemu, ale ostatnio coraz chętniej powtarza słowa. I jak to ona powtarza albo od razu dobrze, albo nie powtarza wcale. Nie ma z nią tego, co widzę u innych dzieci, że powtarzają początkowe lub końcowe sylaby. Jak nie umie czegoś, to nic nie powie - ewentualnie zastąpi swoim uniwersalnym słówkiem "gugligugli". Mocno się zastanawiamy, czy ma to jakiś związek z google? W sumie jak czegoś nie wiesz - wyguglaj to :P

Mówi mama, tata, niania (ma od niedawna;)), cici (imię kota), dziadzi (dziadek), ja, gdzie jest, tu, tam, żółw (wymawiane żów), papa, jajko, jabłko, bana lub baba (banan), aja (bajka albo Elmo), naśladuje dźwięki zwierzaków, powtarza za krzesełkiem uczydełkiem: hi there, lalala, bye. I oczywiście mówi nie - w przeróżnych tonacjach, czasem jest to krótkie nie, czasem nieeeee, czasem nieeee takie pytające. Dużo mówi nie, nawte jak coś chce. Lubi to słówko. Będzie asertywna? ;)

Ogólnie coraz bardziej komunikatywna sie robi - pokaże co chce, złapie za rękę, nogawkę zaciągnie do zabawy, dziś kazała wstawić pranie - wyjęła brudy z kosza i wkładała do pralki, skończyła marudzić o to dopiero jak wspólnie załadowałyśmy pralkę i ją włączyłam...

Niestety też się "oddrzemkowuje", śpi mniej, znów miała dni że nie spała wcale. I nie padła wcześniej tylko działała do 21 prawie. Taki półtoraroczniak to fajna sprawa :) Choć w dniu bez drzemki miałam naprawdę ogromną ochotę ją udusić. Miałam jej powyżej uszu.

A u mnie - spojenie się uspokoiło, czyli dokładnie jak z Laurą. Za trzy tygodnie znów do lekarza już będą powoli badania przedporodowe. Aaaaaaa! Za szybko coś.

Umie czytać!! Ha!

Ostatnio uwielbia rysowanie, pokazuje potem na rysunki pyta co to, próbuje powtarzać, albo zapytana "gdzie jest słoneczko" - pokazuje palcem. I oprócz rysowania słoneczek, ślimaczków, kotków, postanowiłam pisać też "mama" i "tata". Jest jakaś taka metoda uczenia niemowląt, która chyba z grubsza na tym polega, że dziecko poznaje całe wyrazy, które są dla niego czymś konkretnym, a nie abstrakcyjne literki. Nie znam się, bo nie zgłębiałam i nie planowałam niczego uczyć. Tak sobie dla zabawy mazałam.

I wczoraj Tomek kąpał młodą i Laura oczywiście mazała po wannie kredkami kąpielowymi, a Tomek napisał "mama". Laura popatrzyła na wyraz, na Tomka, na wyraz i orzekła: "mama". No i co? Umie czytać! Ha! :)

Tak wiem, ten wpis to szczyt chwalipięctwa. Nic nie poradzę. I tak puchnę z dumy!

Da się zrobić niezłe ciasto bez masła, mleka i jaj. Długo szukałam przepisu idealnego, aż w końcu się udało.

Zaczęło się od mojej ochoty na japońskie słodycze i dżem z fasoli adzuki.

Robi się go następująco:

  • Fasolę namoczyć
  • Wodę odlać
  • Zalać świeżą wodą, gotować (ja często jeszcze po zagotowaniu odlewam, daję świeżą i dopiero gotuję)
  • Jak prawie jest miękka to odlewamy wodę, zostawiamy tyle, żeby się nie spaliła i dosypujemy cukier według uznania. 
  • Można zblendować blenderem na papkę lub tłuczkiem do ziemniaków na taką pastę z ziarenkami
    (druga wersja lepsza do bułek, pierwsza do naleśników)

Bułeczki:

  • Paczka drożdży suchych (7g)
  • Szklanka mleka zbożowego (u mnie owsiano-kokosowe)
  • Cukier - kilka łyżek (jak kto lubi)
  • 1/4 szklanki oliwy/oleju
  • 2 szklanki mąki - można mieszać - u mnie była orkiszowa pół szklanki i półtora pszennej
  • 1 szklanka niepełna skrobi ziemniaczanej
  • szczypta soli (zapomniałam dać)
  • skórka z cytryny (niekoniecznie)

Mimo tego, że z drożdży suchych nie trzeba robić zaczynu, ja wolę zrobić. Rozpuszczam drożdże w ciepłym mleku, dodaje troszkę cukru i mąki. Odstawiam do wyrośnięcia.

Bułki robi się jak muffinki - wszystkie suche wrzuca do jednej miski, a potem zalewa zaczynem i oliwą i miesza. Ciasto jest dość luźne. Odstawiam do wyrośnięcia na troszkę.

Przygotowuje foremki muffinkowe, wkładam do nich papilotki. Do nich trochę ciasta, łyżeczka dżemu z adzuki i przykryć ciastem. Mniej więcej wychodzi łyżka i trochę ciasta na babeczkę. Z tych proporcji zrobiłam dokładnie 12 bułeczek. Odstawiam na czas nagrzewania piekarnika do ok 160-170 stopni.

Piecze sie to 20-25 minut.

Można polukrować.

Laura uwielbia je. W końcu trafiłam w bułki które jej smakują. Następnym razem pokombinuję z innym nadzieniem lub jakimiś rodzynkami i nasionami w cieście.

 

Robiony specjalnie żeby było zdrowo, zbilansowanie. Bazą była quinoa. Quinoa lubi, w zupie zjadała. Jako danie - błe. Bazowałam na przepisie TAKIM, ale usunęłam alergeny - paprykę, imbir. My z Tomkiem zjedliśmy z zachwytem, Młodej ugotowaliśmy pierogi z jagodami. No cóż, lepiej żeby zjadła coś niż nic.

Skóra jej się pogorszyła. W łokciu. Reszta chyba lepiej. Ale dobrze nie jest. Dziś się prawie popłakałam z bezsilności. Jutro jedziemy wymaz robić.

Zasłużyliśmy z Tomkiem na krechę. Pałę do dzienniczka. I inne takie. Nasze dziecko nie wyrosło sobie 6 zęba, a ósmy. Tak czekaliśmy na tą nieszczęsną dwójkę, że przegapiliśmy dwie czwórki! W sumie dziwnie jej urosło - jedyna, czwórka, a z drugiej strony jedynka, dwójka, czwórka. Zagadka gorączki jednodniowej jakiś czas temu i kataru została rozwiązana. ;)

Rejuvelac - napój odmładzający, cuda czyniący. Po polskiemu taki "kwas zbożowy" - bierze się ziarno, wodę i kisi w ciepłym miejscu. W przepisie z wegedzieciaka był jeszcze miód. Dzięki niemu pierwsza szklanka była słodkawo-mdła. Kolejne już kwaśniejsze. Po 5 dniach zlałam płyn do lodówki, a ziarno wyrzuciłam. Mogło kisnąć dalej, ale dla mnie już było wystarczająco. Młodej też zasmakowało. Tomka odrzuciło mocno z komentarzem: "no tak, ale Tobie natto smakowało".

Rejuvelac był w sumie z myślą o mnie i Młodej robiony, żeby się "doprobiotykować", Tomkowi jogurt nie szkodzi.

Przepraszam niektórych z Was za ręczne dodawanie komentarzy. One wszystkie się pojawiają u mnie w mailu, ale niektóre za nic nie pojawiają sie na stronie. Prowadzę korespodnecję z ichniejszym helpem, osiągnęłam tyle, że przestali odpisywać na maile.

No nic, daję jeszcze szansę.

Posterous theme by Cory Watilo