Filed under: marudzenie

Czasem mam wrażenie, że w mojej głowie mieszkają co najmniej dwie różne kobiety. A może nawet trzy?

Jedna to kurka mamuśka, która chciałaby zajmować się dziećmi, która na myśl o ich zostawieniu blednie, mdleje i ogólnie wpada w ciężką histerię. Która gotuje, pierze, obiadki szykuje, bawi się - pozwala maziać plakatówkami i ogólnie chciałaby mieć z kilka par rąk więcej żeby jedno i drugie wyprzytulać, wybawić, a w międzyczasie zdrowe eko-jedzonko ugotować. I zupkę. I przetwory robić. I na bazar biegać.

Druga to ambitna karierowiczka pogrążona obecnie w ciężkiej depresji, że przez dzieci nie rozwija się naukowo. Nie rozwija? Dobre sobie. Uwstecznia się!! Zapomina język japoński, zapomniała dawno chiński (no ok, rozpoznaje jeszcze kilka znaków), nie ma pojęcia jakie się ogląda teraz anime, jakie mangi czyta. Boleje nad niemożnością pójścia na różne imprezy do Manggha. I uświadomiła sobie dziś, że chyba z pół roku żadnego TEDa nie obejrzała. I czyta książki zrywami, masa stron jednego dnia, potem dłuuuuga przerwa. Tak bardzo długa, że nie pamięta, co się działo w III tomie sagi Martina (ani tytuły tego III tomu nie pamięta). I tesknie patrzy na biografię Jobsa, która za wielka jest żeby wygodnie czytać przy karmieniu. A jeszcze tęskniej na książkę o Apple dostaną w prezencie, a zakolejkowaną na "po skończeniu Jobsa" - ale może lepiej zmienić kolejkę, bo mniejsza jest i może przy karmieniu da się czytać. Ambitna karierowiczka co jakiś czas myśli też o zmianie pracy na lepszą, napisaniu książki, rozpoczeciu działalności związanej ze szkoleniami. Ale permanentnie brak jej czasu, co w sumie jest wygodne, bo brak jej też odwagi na drastyczne kroki.

Trzecia - produkt kolorowych gazetek, która chciałaby połączyć w jedno dwie powyższe... Tak, ta chyba jest najbliższa mnie. W efekcie padam dzisiaj na pyszczek po poświęcaniu dzieciakom 100% uwagi, z jednoczesnym sprzątaniem, praniem i wspólnym śniadaniem i drugim śniadaniem. Na obiad już zabrakło sił. Chociaż chyba będzie trzeba jednak coś przygotować zaraz. I w tym momencie odzywa się Druga, z hasłem: "a może by tak pooglądać coś?" Trzecia powinna teraz robić zdjęcia ubranek i książeczek, które chce wystawić na sprzedaż/wymianę, ale jakoś nie ma siły. W ogóle Trzecia może powinna zająć się obiadem, a nie pisać bloga? Tylko, że też jakoś nie ma siły.

Czwarta  to taki niespełniony ideał wszystkich powyższych, która chciałaby w końcu wybrać się do fryzjera, kosmetyczki, wymalować się, pójść na jakieś mega zakupy ciuszkowe a potem siąść i napić się kawy. Tylko, że doskonale wie, że tego nie zrobi, bo jakoś ogólnie nie lubi chodzić po sklepach...

Piąta - radosna konfiguracja powyższych. Osiągnięcie na ten moment - blog, wypita kawa zbożowa, umyta twarz metodą OCM, dzieci śpią.

A, i jeszcze po rozmowie dziś z A. uznałyśmy, że nie lubimy czytać statutów znajomych, którzy piszą na czym byli w kinie, jaki film widzieli, w co grali. Bo im kurka zazdrościmy. Po namyśle stwierdziłam, że mam też problem ze statutami dzieciatych znajomych, bo mam wrażenie, że ich życie to sielanka, śliczne zdjęcia, czas, spokój...

To kto mi doczepi parę kończyn, dorzuci ze dwa wiadra energii i wydłuży moją dobę, przy jednoczesnym skróceniu doby dzieci? Albo może kto mnie sklonuje? Ewentualnie powie jak po prostu zachować w tym wszystkim równowagę?

Ponieważ znajoma zapytała mnie o bloga, a konkretniej: "prowadzisz może jakiegoś bloga o byciu cudowną mamą i żoną na przekór współczesnym tendencjom w obu obszarach kobiecości...?", to jakoś nie da się nie napisać, prawda? To krótkie pytanie odkopało we mnie rzeczy nad którymi już jakiś czas sobie myślę, które mnie drażnią, bolą, smucą.

Współczesne tendencje - kobieta wyzwolona, pracująca, niezależna, singielka, robiąca karierę, jak już mająca dzieci to w pakiecie z nianią bądź babciami dyspozycyjnymi 24h/7dni. Co więcej, kobieta która robi coś inaczej, jest według feministki Elisabeth Badinter zaprzeczeniem wszelkich cnót kobiecości współczesnej. Bo po co ona i inne walczyły o równouprawnienie, jak teraz kretynki karmią piersią i zgroza, używają wielorazowych pieluch i gotują obiadki. Poczytać można artykuł TU.

No i drażni mnie to. Bo wbrew tym pieluszkom, eko, gotowaniu obiadków czuję się feministką. Jestem za wyborem, a to chyba o to powinno chodzić? Jak byłam mała marzyłam o karierze. Kariera jest super, wyjazd na stypendium, praca, zarobki. No właśnie - dlaczego jednak często kobiety zarabiają mniej poświęcając tyle samo? Są mniej doceniane przy awansach? Bo...mogą założyć rodzinę. Chyba, że zdecydowanie są anty, wtedy można zaryzykować inwestycję w taką kobietę. W innym wypadku lepiej nie ryzykować. Ja nawet poniekąd tych pracodawców rozumiem...choć się nie zgadzam. A wszystko działa tu na zasadzie akcji i reakcji - jak pracodawca ok, kobieta też, jak nie to nie. Więc feministycznie wspieram wszelkie pracujące kobiety z ich kłopotami, problemami.

Z drugiej strony, teraz jestem mamą, niedługo podwójną. Kiedyś byłam przekonana, że nigdy mamą nie będę. Dzieci nie znosiłam, wydawały mi się koszmarnym ograniczeniem wolności. Do czasu pojawienia się Smo. Są ograniczeniem, ale są też czymś tak niesamowitym, że chce się dla nich tym ograniczeniom poddać. Owszem, mogłabym wziąć opiekunkę, zająć się dalej karierą jakby nigdy nic, pokazać - jestem super kobietą - mama i pracująca i sobie radzę. Radzę? Guzik prawda. Nie ma radzę - można pracować i być mamą, nie da się spełniać ambicji i być mamą. Bo ja jestem osobą, która jak się za coś bierze, to bierze w pełni (i tak pojmuję bycie dobrym pracownikiem) i wtedy nie widzę kiedy miałabym być super mamą... Moja praca nie wymaga bycia dużo poza domem, ale wymaga przygotowań. A co jak praca wymaga bycia poza domem około 10 godzin? Nikt mi nie powie, że da się wtedy naprawdę zająć dzieckiem, zadbać o nie, znać je. Wiem, często nie ma wyboru, ale wtedy widzę też jak te kobiety okropnie przeżywają rozstanie z dzieckiem, jak ciągle myślę "dobrze robię"?

Jeśli mama robi karierę, to jej wybór, nie będę się trzęsła że może jej dziecko jest nieszczęśliwe, bo pewnie nie jest. Pewnie ma taką możliwość. I OK. Dlaczego więc inny wybór jest uważany za zły? Że matka, która zostaje w domu, bo uważa, że jest jednak potrzebna dziecku jakiś czas, że zdrowiej będzie gotować niż kupować słoiczki, że wielorazowe pieluchy są ok jest uważana za zdrajce? Raczej jest chyba odważna, że zostaje w domu, że przez jakiś czas nie będzie miała kontaktu z ludzką mową, że będzie miała dołki z powodu braku inteligentnych rozmów i braku czasu na lektury najnowszych książek.

Jestem matką feministką, wiem, że nie mam szans być na 100% cudną mamą, żoną, pracownikiem, więc postanowiłam wybrać tak. Mogłam. a jednocześnie popieram - in vitro, prawo kobiet do aborcji, prawo do równego traktowania w pracy (nie tylko na papierze), ha ja jestem nawet za pozwoleniem na kapłaństwo kobiet i do tego za zniesieniem celibatu. O prawach wyborczych nie wspominam i jestem wdzięczna feministkom, że je wywalczyły. Nie uważam, żebym będąc matką była mniej kobietą, że szykując mężowi śniadanie (w sumie częściej on szykuje) wpadała w rolę niewolnicy. Bez przesady. Jestem mamą feministką.

 

Polityka prorodzinna i te sprawy.

Spaceruję ze znajomą mamą. Opowiada o swojej znajomej w ciąży, która w końcu poszła powiedzieć szefowi. Usłyszała:

“ale niech pani nie myśli, że będzie miejsce czekać, jak znajdę kogoś, to już zostanie”, po zastanowieniu:

“ale jak nie będzie pani kombinować i na zwolnienia chodzić, to pomyślę”

Pierwsze na co ma się ochotę po czymś takim, to pójście na l4, powrót potem na niepełny etat, lub w ogóle wychowawczy.

Co a ludzie. Sama znajoma do pracy nie wraca, bo wie, że szef chce ją zwolnić. Jest więc na wychowawczym. Smutne

Chciałam napisać i cała reszta, więc od razu mi się skojarzyło z “Autiostopem przez galaktykę” i stąd ten ręczniczek.

Paranoja - bo krzywdzę dziecko, bo płacze, bo jest przylepa i jak ją zostawiać.

Paranoja dwa - bo nianie są złe: porywają dzieci/podduszają/zamykają w szafach/rozsypują pinezki na podłodze/wloką nie wiadomo gdzie/zostawiają u sąsiadów (wszystkie syt. autentyczne u znajomych bliższych i dalszych)

Rozsądek jeden - zajęcia kończą się 15 czerwca, to na dobrą sprawę jedynie 3 miesiące - w tym święta, majowy weekend, juwenalia

Rozsądek dwa - nie pracuję codziennie 8 godzin i dojazdy, ale 4-5 razy w tygodniu po 3 godziny, z czego trzy razy z Młodą może być Tomek (o ile coś awaryjnie mu nie wypadnie)

Znajoma podpytuje o opiekunkę (jej koleżankę), a my dumamy, ze może nawet jak tej opiekunki nie będzie, to jakoś damy radę.

Weekend spędzony nad przygotowaniem zajęć. Staram sie jak najwięcej mieć, żeby potem przynajmniej to mi nad głową nie wisiało.

A ja bardzo źle stres znoszę - wczoraj zwijałam się w kłębek z bólu brzucha, rano zaliczyłam napad astmy, dziś z lekka roztrzęsiona.

Opcja brania Smo w chuście jakoś też jest rozważana, ale panna coraz bardziej rozbrykana i pewnie niedługo nie wysiedzi w niej za dużo (a na pewno nie 3 godziny)

Z pozytywów - całkiem świadomie mówi MNIAM (nie mama, czy tata, ale mniam). Ślicznie, co?

Normalnie piątek jest najbardziej wyczekiwanym dniem. Ostatni dzień pracy, wolne, odpoczynek. Dla mnie piątki są zazwyczaj najcięższe. Po całym tygodniu ze Smoczycą padam. Dziś wyjątkowo. Bolą mnie plecy i ogólnie jestem rozbita.

Przeczytałam, cytowaną wpis niżej, notkę list matki do jej wcześniejszego wcielenia. Normalnie wonder woman może mi składać głębokie ukłony. Nie dość, że codziennie odwalam pranie - jedno pranie, składanie to gotuję obiad, robię zakupy, sprzątam.

Gotuję obiadki dziecku, bo słoiczki coś nie bardzo nam idą, sadzam na nocnik, przewijam, zabawiam, nosze, karmię - no ale to powiedzmy, że się ni liczy, bo to główna czynność dnia.

Do tego usiłuję pracować, ostatnio idzie mi to bardzo źle. Codziennie obiecuję, że jak Laura pójdzie spać, to siądę do przygotowania zajęć i codziennie po wieczorny usypianiu mój mózg się odłącza. Przynajmniej przestałam sama zwalać się do łóżka niczym kłoda. Może wkrótce mózg też podziała dłużej?

Mało mnie więc cieszy wizja weekendu, bo w końcu T. przejmie dziecko, a ja? A ja do pracy….

Spodnie wszystkie ze mnie spadają. Powinnam sie wybrać na zakupy, ale jakoś nie mam juz na to siły. Mało cieszy przymierzanie ubranek, jak ma się nad głową wiszące obowiązki. Wiszą i pokrzykują: “do roboty”.

Dobrze tylko, że są chusty, nosidła i młoda właśnie sobie na mnie śpi. Choć w sumie jakby spała w łóżku, czy wózku to pewnie plecy by mnie mniej bolały :P

Acha, ogólnie to nie narzekam, bo jedyna nie jestem w takiej sytuacji przecież. Tylko, że dziś jakoś wyraźnie czuję, że wysiadłam. No po prostu.

Zaczęłam pracę i czasu nie mam. NIby niedużo zajmuje ale w połączeniu z aktywną Smo, ogólnym krzątaniem jakoś nie bardzo mam kiedy pisać. Albo wyjątkowo niezorganizowana jestem.

Smo zaszczepiona kolejną dawką. Waży 6380 i mierzy 64,5 cm. Urosła 10,5 cm od dnia narodzin.

Jest nieziemska. Interesuje ją wszystko. Przekłada zabawki z ręki do ręki. Umie przewrócić się z pleców na brzuch, z brzucha na plecy. Lekarka stwierdziła, że wyprzedza swój wiek i jest jak 6 miesięczniak. Oczywiście puchniemy z dumy.

Chyba znów zrobię rotowania w wielo-pieluszkach, mam kilka nowych, kilka mi nie pasuje - sprzedam, wymienię - zobaczymy.

Współpraca z laktatorem układa się różnie. Nutramigenu Smo nie je, otrząsa się z obrzydzenia. Nie dziwię się. Mamy jeszcze receptę na Bebilon Pepti i można go już z odrobiną kaszki dla zmiany smaku. Podawać łyżeczką. Powolutku możemy też wprowadzać dania. Smo na razie zachwycona mandarynkami… Tak wiem że nie jest to produkt dla maluchów, ale uwielbia kolor, ssanie cząstek. Jabłkiem pluje. Dynia jest chyba ok.

Ogólnie - jest dobrze, ale mogłoby być lepiej. Z nastawieniem moim, bo z Laurą jest cudnie

Nie podoba mi się,że muszę ciągle coś robić z pracą. A to maile, a to artykuł, a to “pożary gasić”, a to zajęcia prowadzić lub przygotować. Mam wrażenie, że coraz mniej tego czasu spędzam ze Smo. Tomek mający teraz wolne tez miota się szalenie. Jak to się dzieje?

Jutro wracam do pracy, resztę mojego macierzyńskiego przejmuje mąż. Mam stresa jak stąd na Księżyc. Nie dogaduję się z laktatorem, w szafce stoi puszka Nutramigenu. Konsultacji z lekarzem nie było, bo NFZtowa nie ma czasu, a prywatnie jakoś się jeszcze nie umówiliśmy.No ale skoro ma nietolerancję białka to normalnego mleka dać nie mogę.

Jadę rano, załatwiam masę rzeczy, musze jednak się sprężyć, bo potem ze Smo na wizytę do okulisty (czekania miesiąc było).Teraz piszę artykuł jeszcze (Smo z tatą na spacerze), no ok, nie piszę - krótka przerwa.

Jeeeezu, ja oszaleję. Jutro chyba będę siedzieć i myśleć. Aaaaaaaa! No kurcze. A jednocześnie co - cieszę się w sumie, wyjście do ludzi, etc. No nic, jakoś ogarniemy to wszystko. Ale i tak stres jak stąc na Księżyc, wspominałam już  tym prawda? Na Księżyc! Aaaaa!

—edit—

Test Nutramigenu przeprowadziliśmy. Dzieckiem potrzepało z obrzydzenia… Autentycznie się otrząsnęła, zrobiła minę. Była głodna więc coś niby ciamkała i … wypluwała. No bosko :/

Dlaczego Smoczyca robi się głodna zawsze wtedy gdy my zabieramy się za obiad? I może ten obiad być o 3 albo 6, albo dowolnie pomiędzy. Jedzenie ląduje na talerzach, Smok się budzi i wyrusza na żer…

Zjadłam zimną jajecznicę. Nie jest najlepsza.

Posterous theme by Cory Watilo