Filed under: ciąża

Lauron mnie wczoraj rozczuliła niezwykle. Nie wiem na ile świadomie, ale hasło "braciszek w brzuchu" wywołuje w niej falę czułości, głaska mój brzuch, tuli się (czasem niezbyt delikatnie ;) ), a wczoraj wzięła kubek z wodą, podeszła, podniosła bluzkę i usiłowała mój brzuch napoić (pakując mi dziób niekapka w pepek). W sumie i auuuć i jejuniu. No rozczuliałam się po prostu.

Nie było mnie, nie urodziłam. Czekam. Czekanie na poród to najbardziej masakryczna rzecz w całej ciąży. Ostatnie badania zrobione, przedatuja sie w poniedziałek, więc musze pojechać jutro powtórzyć. Jestem zmierzła, wszyscy i wszystko mnie drażni. Beczę bez powodu. A jak się więcej ruszam (ruch przyspiesza poród) to spojenie mi świruje i kończę z bólem w łóżku. Oszaleć można.

Ci, ktorzy piszą o "radosnym oczekiwaniu", "magii ciąży" etc są albo facetami, albo nigdy nie byli w ciąży. Do diaska z magią. Znów mam proste marzenie - niech już jest po (i niech poród jest tak szybki lub szybszy niż z Lauronkiem) i niech już jestem w domu. Siedenie te minimum dwa dni w szpitalu mnie chyba przerasta. Ale może w sumie fajnie będzie? Wezmę Kindla i książki poczytam? :P

Na razie męczy zgaga. Już powinna przejść, bo brzuch niby niżej. A nie przechodzi. A w sumie mam jeszcze czas do terminu...A już świruję. Hm, co będzie dalej, jak termin minie?

Waży sobie 2200, nadal jest chłopcem, wizytę mam mieć teraz za 2 tygodnie, a przed nią ktg. No to już teraz oficjalnie końcówka. No i w luźnej rozmowie wyszło, ze mój gin przyjmował poród domowy. Hmmmm ;)

Do magnezu dostałam receptę na potas jeszcze na te moje skurcze i bóle mięśni. Dokładnie jak poprzednio. Ciąże i różne i strasznie podobne.

A u mnie - spojenie się uspokoiło, czyli dokładnie jak z Laurą. Za trzy tygodnie znów do lekarza już będą powoli badania przedporodowe. Aaaaaaa! Za szybko coś.

No to stało się, lekarz kazał wprowadzić na dwa tygodnie dietę cukrzycową, a potem test glukozy 75g. Niby wszystko można w interencie znaleźć, ale przyznają - albo ja niekumata, albo ta dieta coś skomplikowana. Choć może to być kwestia, że nie jadam typowych dań, nadal mam problem z trawieniem nabiału, za to zajadamy strączki, amarantus, quinoa i inne dziwactwa.

Wkurzyłam się przy okazji, zawsze kupuję mleko sojowe w pobliskim eko-sklepie, tym razem kupiłam marketowe Alpro. Nie przyszło mi do głowy przecyztać skład, ale też nie wpadłabym, że można mleko dosłodzić!!! Po tym jak pierwsyz łyk mnie zemdlił, doczytałam...Ech. No cóż, zrobię może muffinki, albo inne bułki. Przynajmniej już nie będzie trzeba dosypywać cukru do tego. (Wersja Alpro dla dzieci 1-3 lat ma w składzie syrop fruktozowo-glukozowy, dla dorosłych - cukier trzcinowy, wersja firmy Natumi, czy innch - woda+soja)

Chyba jednak skuszę się więc na maszynę do robienia mleka zbożowego. Bo coś nie wydaje mi się, żeby było tak dobrze i Junior nie miał problemów z nabiałem.

A risotto z dyni, według mnie jest absolutnym ideałem, zwłaszcza po doprawieniu przyprawą dal masala. Według naszego dziecia - jest całkowicie niejadalne. I weź tu matko gotuj zdrowo dla dziecka.

O doulach usłyszałam już po porodzie. I temat mnie zaintrygował. Pierwsza reakcja - kurcze, to smutne, że kobieta musi liczyć na pomoc douli, jak w sumie taką pomoc jaką doula oferuje powinna dostać od swojego partnera.

Ostatnio zastanawiałam się jednak, czy np. nie znaleźć jednak douli, żeby mieć bliską duszę do porodu, a Tomek żeby został z Laurentynką w domu.

I w sumie widzę, że coś w tych doulach jest, że mamy społeczeństwo takie, że przy porodzie nie pomoże mama, babcia, ciotka - zresztą mamy mojego pokolenia miały ogólnie przechlapane, bo nie dość że nie rodziły już w domach, to jeszcze rodziły zupełnie same, często po porodzie dzieci lądowały na noworodkach, a o psyche w trakcie porodu to nikt się raczej nie troszczył.

Tak więc nie ma wyjścia, mój mąż znów będzie musiał być moją doulą i znosić moje marudzenie, przeklinanie (choć chyba nie przeklinałam poprzednio), masakrowanie jego rąk (mam uścisk w ręce jak szczęki bulteriera) i pewnie parę innych rzeczy. Fajnie, że chce. No, oczywiście jeszcze może się skończyć na cc, znów mam prognozy jak z Laurą, ale wtedy się udało...

Mój organizm jednak nie przepada za byciem w ciąży. Z niedzieli na poniedziałek złapały mnie bolesne skurcze, wahaliśmy się przez moment czy powinniśmy pojechać do szpitala, ale wizje

1) karetki która nie przyjedzie

2) jechania naszego, budzenia słodko śpiącej Laury, pakowanie się do auta

3) tłumaczenie w szpitalu

sprawiły, że uznałam, że poleżę, poczekam.

Rano posłałam sms do mojego lekarza, lekarz oddzwonił, kazał leżeć i łyknąć magnez i nospę i jak nie przejdzie przyjechać do szpitala na usg, ktg i inne cuda wianki pewnie. Przeszło.

Na tyle, że dziś radośnie podniosłam Smo, utuliłam i odstawiłam skręcając się z bólu podbrzusza. Akurat młoda szła na drzemkę, więc ja też poleżałam, a po drzemce poszłyśmy na mały spacer. Przeszło więc. Ale jak pomyślę, że jeszcze 3 miesiące przede mną to łapię stresa.

Że też są na świecie kobiety, które i dzieci i praca i ciąża. Czy ja jestem taka stara?

 

 

Leżenie służy nam wszystkim - ja bo się wyleguję rano, Młodej, bo się wyleguje, a potem skacze i szaleje po łóżku, Tomkowi, bo nie musi ciągle na nas uważać.

Szukam pozytywów:

- leżenie z książką, gazetą, kiedy ja ostatnio tak? No tak, w ciąży i w sumie jakos po porodzie, bo karmiłam i leżałam.

- Tomek i Laura spędzający czas razem na spacerach. Dziś Tomek miał okazję pobyć z nią chodzącą dłużej ...nie tylko oglądać wysyłane zdjęcia, nie tylko zaliczać szybkie spacerki, ale pełny duży spacer.

Leżę i przemyśliwuję swoje drogi rozwoju, czasem tak bardzo potrzeba się zatrzymać. W pierwszej ciąży leżenie zasnuwała czarna chmura myśli: "jejku, będę mieć cesarkę, boję się cesarki i co to będzie, oj". Teraz jestem wyluzowana, jestem absolutnie przekonana, że spojenie się nie rozejdzie, że Młody zmieni pozycję i tak jak z Lauronem będzie wszystko w porządku. A jak nie - też jestem wyluzowana. Tym razem jakoś mniej mnie wszystko przeraża. Tyle dobrze.

 

Znów spojenie się z lekka psuje. Tym razem wyraźnie jest to wida Młodego - leży rozwalony na nim... Tak więc spore szanse, że się cofnie i będzie spokojnie. Na razie leżakowanie, aby mi to ułatwić - Tomek ma wolne. W pracy się chyba nie ucieszą...

Posterous theme by Cory Watilo