Filed under: Bruno

Znów chora (zatoki mi zmasakrowało), a dzieciarnia sobie szaleje. Młody sypia wyłącznie w chuście. Właściwie wyjmuję go na karmienie i przewijanie. W nocy śpi, ale niech no tylko wstanę, to koncertuje. No cóż. Najwyraźniej przeczytał wcześniejszą notkę i postanowił nie mieć gorzej :P

Laura codziennie dorzuca jakieś słowo do swojego słownika. W ogóle coraz lepiej idzie nam komunikacja. Jest tylko nieziemsko miągwiąca po drzemce popołudniowej. Nic tylko do szafy zamknąć. Ale zamiast tego wrzucam na plecy. Ludzie, plecak prosty jest prosty i jest cudowny!!

Ja z przerażeniem stwierdzam, że zajmowanie się dziećmi, gotowanie, pranie, etc pochłania mi niemal pełen etat pracy. Żebym jeszcze robiła coś kreatywnego, ważnego, doniosłego. No choć może dobre obiady, zadowolone, czyste dzieci są osiągnięciem.

A w ramach rozpusty - dostałam boską torebkę od męża, wypatrzoną (też przez niego) już przed świętami. Sprawiłam sobie kubek termiczny Sigg w kolorze limonkowym i wreszcie piję gorącą herbatkę, nawet jak w międzyczasie muszę zająć się dzieciarnią. A żeby nie było tak konsumpcyjnie - czytam sobie LeGuin "MIsto Złudzeń". Starsza śpi, młodszy śpi. Starsza cudnie w łóżku, młodszy na mnie w chuście. Jest ok, choć chyba mój kręgosłup zaczyna odczuwać lekki dyskomfort.

Ma smoczek.

Mama nie biegnie na pierwszy pisk

Mama nie bierze na ręce na drugi pisk

Mama usypia w wózku ze smoczkiem (dziecko usypia, nie sama. Sama usypia nad rączką wózka)

Dostaje Bobotic na kolki

Mama ma jakby mniejszą ochotę rezygnować z nabiału

Rozważa odkładanie do wózka w nocy, ale nie udaje się jej bo zasypia karmiąc (a potem się budzi zdziwiona że dziecko znów chce jeść, a minęły jednak 2 godziny)

Ale...nosi w chuście więcej niż pierwsze (bo wtedy jeszcze się nieco bała)

Dzieć ma bardziej wypasioną chustę, bo mama zaczęła dostrzegać róznicę, że cena często jednek idzie w parze z jakością (ok, nadal nie kupuje chust kolekcjonerskich)

Dzieć testuje chusty - elastyka, czeka na tkaną, a ostatnio nawet kółka. Choć kółka jak na razie testowała Laura, bo malucha się bałam wrzucać.

Na razie się głównie dokształcam:

http://www.szkolachustonoszenia.pl/index.php/chusta-na-kokach.html

http://www.jendrulino.pl/pl,info,Instrukcja-noszenia-w-chuscie-kolkowej

Acha, no i pierwsze dostało większy zestaw pieluch na dzien dobry, bo już matka oblatana w temacie. Młodsza na początku głównie tetrowa, a młodszy ma nawet formowanki miniaturowe.

No więc w sumie ma gorzej?

Dodatkowo matka ma wyrzuty sumienia względem starszej, że nie zawsze ma czas dla niej. I czuje się winna troszkę. Jakoś trudno podzielić miłość na dwójkę. Bo kocha się je tak samo mocno, tylko z każdym ma się inne porozumienie. I boli tylko, że się rozdwoić nie da jak akurat oba chcą bardzo czegoś w tym samym czasie.

Chociaż ostatnio niczym matka polka - starsza płacze po drzemce, młode płacze bo jeść - starsza została wrzucona w chuście na plecy, co już ją uspokoiło, młodsze zostało nakarmione na rękach, mama jedną nogę miała na krześle, żeby wygodniej dziecko młodsze podtrzymać. Nie było komu zrobić fotki, więc trzeba się wykazać wyobraźnią. Ale podejrzewam, że wyglądałam dość zabawnie.

Choć jak wiadomo wszyscy i tak rozczulają się nad "noszącym" facetem, a nie kobietą:

http://demotywatory.pl/3124286/Planujesz-trzecie-dziecko

Młody ma skórę jeszcze bardziej delikatną niż Laura i chwila w jednorazowej pieluszce i już odparzony. Więc siedzi w tetrze. No i od dziś też będzie siedział w poszytych przez chusto-znajome formowankach. I wiecie co, ja jednak lubię wielo. Mimo tego spierania, etc. Jakoś tak zdrowiej mi się wydaje. I przestaje mi się słabo robić na ilość śmieci. I tylko wkurza mnie polityka naszego państwa, która zostawiła na pieluchy jedno vat 8% a na wielo podniosła do 23%, bo przecież skoro materiał to ubranie jest. Kiszka :( Polityka prorodzinna psia mać.

Dokonałam też mega odkrycia - otulacz polarowy. Otulacz, dla niewtajemniczonych, to takie coś, co się zakłada na pieluszkę z materiału, żeby nie pomoczyć ubrań i wszystkiego wokół. Do tej pory stosowałam PUL, taka membrana co to przepuszcza powietrze, ale nie wilgoć. Wiedziałam o otulaczach wełnianych, ale z nimi jakaś zabawa - lanolinowac trzeba, uważać z praniem, a poza tym Laurę wełna uczulała, więc nie miałam ochoty testować. W sumie polar ją też uczulał. Młodego chyba nie uczula, a polarek jest świetny. I naprawdę izoluje. No może nie tak rewelacyjnie jak PUL, ale zważywszy że niemowlaka przewija się właściwie w kółko, to spokojnie daje radę.

No i zaleta wielo, można je odsprzedać...oczywiście jak się onie odpowiednio dba. :)

 

I dwójka rodziców. Jeszcze nie zwariowaliśmy, wszyscy żyją i mają się nieźle (poza atakiem grypy żołądkowej, tudzież innego wirusa). Nie mogę się za to zebrać, żeby napisać coś więcej.

Młody je, śpi, ma dni świetne i dni kiepskie. Jest wrażliwcem, ma delikatną skórę i chyba też niestety skazę :( Potrafi przeleżeć masę czasu sam na łóżku czy w wózku albo ma dzień jak dziś, że siedzi cały czas w chuście (z przerwami na jedzenie).

Laura jest tak już duża i tak szalenie dużo rozumie, że aż jestem przerażona. Jak mały płacze pokazuje na butelki, mówi "am" albo idzie po smoczek. No bo wiadomo, że trzeba nakarmić, zasmoczkować. Mniej podoba się jej, że Bruna nosimy ;) Choć już powoli zauważa, że jak młody w chuście to nie beczy, a by się możemy z nią bawić. Nauczyła się wczoraj mówić "shinsengumi". Wzięła moją ksiazkę i pyta "co to", to odpowiedziałam "książka o shinsengumi", więc powtórzyła "gumi gumi". Ha!

Ale opiszę kiedyś poniedziałek - dzień kiedy zostałam z nimi sama, T wrócił do pracy. Tytułem podsumowania stwierdziłam, że obrona doktoratu to pikuś w porównaniu z ogarnięciem chaosu dwójki małych dzieci, które jednocześnie coś chcą. I dziwię się, że tak mało ludzi ma tytuł dr, a całkiem sporo dwójkę dzieci. T. mówi, że to kwestia tego, że do dr trzeba te 4 lata przygotowań, a o dziecko jednak się stara krócej i nie zawsze planowo. No może ;)

 

Jak ktoś nie chce, niech nie czyta, ale dosadnych szczegółów unikałam.

Bruniak miał się urodzić 4 stycznia, ale ja w okolicy Świąt miałam mocne stawianie brzucha, przepowiadające skurcze, młody się obniżył i...i NIC. Mój gin stwierdził, że Święta pewnie nie, ale nowy rok to pewnie porodówka. Tymczasem zaczął się syczeń, nadszedł 4, minął i cisza. Dosłownie. Ani grama skurczu, ani grama przczucia, tylko takie ciążenie.

Stres mnie zżerał już, więc bardzo intensywnie praktykowałem wszelkie naturalne metody wywoływania porodu.

11 w środę o 15 miałam wizytę u gina, usg, umwaianie na ktg, wstępne decydowanie czy poganiać młodzież, czekać, ciąć...
Diagnoza - no idzie, ale powili (skurczy nadal brak), wizyta na poniedziałek (16.I.) no i pewnie tniemy...
Ja jeszcze postanowiłam dopytać czy sens jest pospieszać olejem rycynowym Lekarz tłumaczy mi działanie oleju, że podrażnia otrzewną, że można, że nie zaszkodzi nic. No to po drodze kupilim, zażylim.

Wieczór - marudzę w wątku rówieśniczym na moim ulubionym forum, że nic, gadam ze znajomą na gchacie, przeczyściło mnie, ale nic poza tym.

Przed 23 gaszę wkurzona światło. I przysypiam...
Nagle budzi mnie jakieś burczenie w brzuchu, taki blurp i skurcz i coś cieknie po nogach. Ha, odeszły wody! Ucieszyłam się jak nie wiem, mąż ubiera się, leci po auto, ustalamy, że skoro Laura śpi, to na razie babci nie budzimy, ubierzemy się spokojnie, babcie przejdzie do naszej sypialni, my pojedziemy...

Mąż poleciał, a ja czuję że te skurcze są co 2 minuty i że one tak jakby parte. No to na tym łóżku, cyk na kolana, wołam babcie, Laura się obudziła, tuli do mnie. Wpada moja mama, ja tulę Laurę i wokalizuję sobie skurcz.

Mama zgarnia Laure, niestety młoda zaczyna histeryzować, wpada Tomek, ja piszczę - nie dojedziemy nigdzie. Wzywają pogotowie. Ja już prawie czuję jak Młody wychodzi. Pogotowie dociera po 15 minutach. I...

Pani internista jak zobaczyła zaawansowanie:
-Matko święta niech Pani nie rodzi ja nie umiem odbierać porodów
- Dzwońcie po karetkę z położną, migiem
- Czemu państwo tyle czekali (hehehhh, 10 minut od skurczu dzwoniliśmy )

Jeden sanitariusz starszy:
- Boże, jeszcze nigdy się to nie zdarzyło, a tyle lat na karetce

Sanitariusz młodszy, lat 25 ze spokojem szykuje trąbki, nożyczki, zaciski, etc, wbija mi na wszelki wypadek wenflon.

Ja mam skurcze, wdycham tlen i mam normalnie głupawę.
Na internistę mój mąż:
- Dorota, wyobraź sobie, że mój tata przyjeżdża do porodu.... (internista, jeździł na karetce).

Chce mi się śmiać, ogólnie czuję, że zaraz urodzę, spokój stoicki, że dam radę, że będzie ok, ale marwię się jak z dzieckiem. Nagle hasło że dociera położna, a ja spokojny oddech, przeturluję się na brzeg łóżka, wpada położna, wywala wszystkich, mówi, no to oddech i na skurczu przemy. I raz krótko. I potem znów i wychodzi Bruno.

Ta dam!

Pobudka 23:15, godzina 00:20 Bruno na świecie. Przytulony przeze mnie, tatę, pokazany babci.

Po domu kręcą sie dwa koty w międzyczasie zamknięte przez męża.

Straty - do wymiany materac z łóżka

Ogólnie, zaskoczył mnie mój absolutny spokój i nastrój. Całkowicie pozytywnie, spokojnie. Wiedziałam, że dam radę urodzić. I mąż był zdecydowany pomóc i ten młody sanitariusz też. Jestem mu strasznie wdzięczna za no też spokój.

Z haseł internistki teraz się śmiejemy, ale nie wiem czy profesjonalnie było wprowadzić panikę i hasła: "dom to nie miejsce na poród", "niech pani nie prze", etc...

Potem już było mniej różowo, bo łożysko rodzone w szpitalu, zabrały nas dwie osobne karetki. No i zabierają do szpitala w którym absolutnie nie chciałam rodzić. Starej daty, etc.
Młody więc w sumie nie był ze mną
Tempo troszkę się na mnie odbiło, popękałam nieco tam i siam, ale już w miarę ok jest.

No i zdjęcie z czwartku, jak już razem na sali byliśmy:
http://babybaranska.tumblr.com/post/...-stycznia-2012

No, rozważałam poród domowy, mąż się zgodzić nie chciał. Choć w tej sytuacji wybrana położna i tak by nie zdążyła
Mój lekarz ma chyba głupią minę, a w szpitalu byliśmy bohaterami obchodów Każdy lekarz dopytywał jak to.

-----

Wersja Tomka:

Środa wieczór. Dorota już się położyła, ja siedziałem jeszcze przed
komputerem. Nagle, około 23:15 zawołała mnie do sypialni: odeszły
wody. Niewiele myśląc wskoczyłem w spodnie, zarzuciłem kurtkę na
wierzch i poleciałem do garażu po samochód.

Nie zdążyłem go przyprowadzić, kiedy dopadł mnie telefon od
spanikowanej teściowej -- za późno, mam dzwonić po pogotowie. Jako, że
byłem już pod domem, wpadłem, zobaczyłem co się dzieje i zadzwoniłem.
Dyspozytor przyjął zgłoszenie, poinformował, że wysyła karetkę. Do
czasu przyjazdu wyciągnąłem z szafki spakowane uprzednio torby,
uspokajałem Laurę, trzymałem Dorotę za rękę, chodziłem od okna do okna
wyglądając karetki...

Wreszcie przyjechała. Ekipa wysiadła i spokojnym krokiem skierowali
się do wejścia. Widać po nich było, że spodziewali się, że baba
spanikowała i trzeba będzie tylko odwieźć ją do szpitala. Jakże się
zdziwili, kiedy weszli i zobaczyli, co się dzieje! Lekarka z wyrazem
bezradności wymalowanym na twarzy powiedziała uroczo: "Proszę panią...
Ja jestem internistą, ja nie mam doświadczenia w odbieraniu porodów.
Proszę wytrzymać, dzwonimy po położną". Zadzwoniła. W oczekiwaniu
robili wszystko, żeby Dorota nie urodziła za szybko -- ułożyli ją na
boku, podali tlen, kazali oddychać, zakazali przeć...

Z lekarką było dwóch ratowników. Jeden, szpakowaty pan po
czterdziestce, miał pełno w gaciach. Widać było, że sytuacja trochę go
przerasta. Drugi, młody dziarski chłopak ok. 23-25 lat był gotowy na
wszystko. W ułamku sekundy podawał i przygotowywał wszystkie potrzebne
narzędzia, założył wenflon (zakrwawiając pół podłogi), itd.

Myślę, że jego gotowość do wszystkiego wynikała z tego, że mało w
życiu widział. :-)

W końcu, jakieś 10 minut po telefonie lekarki, na sygnale przyjechała
N-ka z położną. Ta wpadła do naszej sypialni, ogarnęła wzrokiem
sytuację i zaczęła wydawać polecenia: panią ułożyć tak a tak, tu
ręczniki, gruszka, nożyczki... Zaczęła instruować Dorotę co ma robić, a
lekarka przy jej (Doroty) głowie -- coś zupełnie innego. Na to położna
rzuciła krótko do rodzącej: "Proszę panią, od teraz słucha pani tylko
mnie!" Lekarka zrozumiała aluzję i wyniosła się z pokoju. :-)

Wreszcie padło oczekiwane: "Proszę przeć". Dwa skurcze i Bruno był na
świecie. Gruszka, oczyszczanie dróg oddechowych, pierwszy krzyk,
wytarcie pieluszkami i hop -- do mamy na chwilę. Potem becik i... tata
mógł na moment porwać syna na ręce, pokazać babci, starszej siostrze
i... wiszącemu na Skype dziadkowi ("Ja też chcę zobaczyć, ja też, dajcie
go do kamery!" :-) ).

W międzyczasie położna oceniła stan Doroty ("Łożysko jeszcze nie
idzie. Pakujemy do karetki!"). Ekipy obu karetek zaczęły się zbierać,
a ja z torbami za nimi. Jeden z ratowników powiedział mi tylko:
"Proszę jechać ostrożnie, mamy tu już dwie karetki, nie potrzeba nam
trzeciej do pana". Włączyli sygnał i pojechali. Ja ostrożnie za nimi,
stając na KAŻDYCH czerwonych po drodze (ot, moje szczęście),
zajechałem do szpitala i... odbiłem się od starego systemu: "Na
porodówkę pan nie wejdzie, proszę tu siąść i poczekać".

Po godzinie położna przyszła wziąć ode mnie papiery (okazało się, że
jednej ważnej rzeczy zapomniałem i musiałem obrócić jeszcze raz w
środku nocy) i odpowiedzieć na moje ciekawskie pytania.

Wróciłem do domu i po zdaniu sprawy babci Młodego, wykąpaniu się,
zjedzeniu małej przekąski, mogłem w końcu położyć się spać -- w drugim
pokoju. Dla mnie poród zakończył się o 4:00 nad ranem.

A materaca nie szkoda. Stary był i trochę już skrzypiał. :-)

Posterous theme by Cory Watilo