Jak ktoś nie chce, niech nie czyta, ale dosadnych szczegółów unikałam.
Bruniak miał się urodzić 4 stycznia, ale ja w okolicy Świąt miałam mocne stawianie brzucha, przepowiadające skurcze, młody się obniżył i...i NIC. Mój gin stwierdził, że Święta pewnie nie, ale nowy rok to pewnie porodówka. Tymczasem zaczął się syczeń, nadszedł 4, minął i cisza. Dosłownie. Ani grama skurczu, ani grama przczucia, tylko takie ciążenie.
Stres mnie zżerał już, więc bardzo intensywnie praktykowałem wszelkie naturalne metody wywoływania porodu. 11 w środę o 15 miałam wizytę u gina, usg, umwaianie na ktg, wstępne decydowanie czy poganiać młodzież, czekać, ciąć...Diagnoza - no idzie, ale powili (skurczy nadal brak), wizyta na poniedziałek (16.I.) no i pewnie tniemy...
Ja jeszcze postanowiłam dopytać czy sens jest pospieszać olejem rycynowym
Nagle budzi mnie jakieś burczenie w brzuchu, taki blurp i skurcz i coś cieknie po nogach. Ha, odeszły wody! Ucieszyłam się jak nie wiem, mąż ubiera się, leci po auto, ustalamy, że skoro Laura śpi, to na razie babci nie budzimy, ubierzemy się spokojnie, babcie przejdzie do naszej sypialni, my pojedziemy... Mąż poleciał, a ja czuję że te skurcze są co 2 minuty i że one tak jakby parte. No to na tym łóżku, cyk na kolana, wołam babcie, Laura się obudziła, tuli do mnie. Wpada moja mama, ja tulę Laurę i wokalizuję sobie skurcz. Mama zgarnia Laure, niestety młoda zaczyna histeryzować, wpada Tomek, ja piszczę - nie dojedziemy nigdzie. Wzywają pogotowie. Ja już prawie czuję jak Młody wychodzi. Pogotowie dociera po 15 minutach. I... Pani internista jak zobaczyła zaawansowanie:
-Matko święta niech Pani nie rodzi ja nie umiem odbierać porodów
- Dzwońcie po karetkę z położną, migiem
- Czemu państwo tyle czekali (hehehhh, 10 minut od skurczu dzwoniliśmy
- Boże, jeszcze nigdy się to nie zdarzyło, a tyle lat na karetce Sanitariusz młodszy, lat 25 ze spokojem szykuje trąbki, nożyczki, zaciski, etc, wbija mi na wszelki wypadek wenflon. Ja mam skurcze, wdycham tlen i mam normalnie głupawę.
Na internistę mój mąż:
- Dorota, wyobraź sobie, że mój tata przyjeżdża do porodu.... (internista, jeździł na karetce). Chce mi się śmiać, ogólnie czuję, że zaraz urodzę, spokój stoicki, że dam radę, że będzie ok, ale marwię się jak z dzieckiem. Nagle hasło że dociera położna, a ja spokojny oddech, przeturluję się na brzeg łóżka, wpada położna, wywala wszystkich, mówi, no to oddech i na skurczu przemy. I raz krótko. I potem znów i wychodzi Bruno. Ta dam! Pobudka 23:15, godzina 00:20 Bruno na świecie. Przytulony przeze mnie, tatę, pokazany babci. Po domu kręcą sie dwa koty w międzyczasie zamknięte przez męża. Straty - do wymiany materac z łóżka
Młody więc w sumie nie był ze mną
Tempo troszkę się na mnie odbiło, popękałam nieco tam i siam, ale już w miarę ok jest. No i zdjęcie z czwartku, jak już razem na sali byliśmy:
http://babybaranska.tumblr.com/post/...-stycznia-2012 No, rozważałam poród domowy, mąż się zgodzić nie chciał. Choć w tej sytuacji wybrana położna i tak by nie zdążyła
Mój lekarz ma chyba głupią minę, a w szpitalu byliśmy bohaterami obchodów
-----
Wersja Tomka:
Środa wieczór. Dorota już się położyła, ja siedziałem jeszcze przed
komputerem. Nagle, około 23:15 zawołała mnie do sypialni: odeszły
wody. Niewiele myśląc wskoczyłem w spodnie, zarzuciłem kurtkę na
wierzch i poleciałem do garażu po samochód.
spanikowanej teściowej -- za późno, mam dzwonić po pogotowie. Jako, że
byłem już pod domem, wpadłem, zobaczyłem co się dzieje i zadzwoniłem.
Dyspozytor przyjął zgłoszenie, poinformował, że wysyła karetkę. Do
czasu przyjazdu wyciągnąłem z szafki spakowane uprzednio torby,
uspokajałem Laurę, trzymałem Dorotę za rękę, chodziłem od okna do okna
wyglądając karetki... Wreszcie przyjechała. Ekipa wysiadła i spokojnym krokiem skierowali
się do wejścia. Widać po nich było, że spodziewali się, że baba
spanikowała i trzeba będzie tylko odwieźć ją do szpitala. Jakże się
zdziwili, kiedy weszli i zobaczyli, co się dzieje! Lekarka z wyrazem
bezradności wymalowanym na twarzy powiedziała uroczo: "Proszę panią...
Ja jestem internistą, ja nie mam doświadczenia w odbieraniu porodów.
Proszę wytrzymać, dzwonimy po położną". Zadzwoniła. W oczekiwaniu
robili wszystko, żeby Dorota nie urodziła za szybko -- ułożyli ją na
boku, podali tlen, kazali oddychać, zakazali przeć... Z lekarką było dwóch ratowników. Jeden, szpakowaty pan po
czterdziestce, miał pełno w gaciach. Widać było, że sytuacja trochę go
przerasta. Drugi, młody dziarski chłopak ok. 23-25 lat był gotowy na
wszystko. W ułamku sekundy podawał i przygotowywał wszystkie potrzebne
narzędzia, założył wenflon (zakrwawiając pół podłogi), itd. Myślę, że jego gotowość do wszystkiego wynikała z tego, że mało w
życiu widział. :-) W końcu, jakieś 10 minut po telefonie lekarki, na sygnale przyjechała
N-ka z położną. Ta wpadła do naszej sypialni, ogarnęła wzrokiem
sytuację i zaczęła wydawać polecenia: panią ułożyć tak a tak, tu
ręczniki, gruszka, nożyczki... Zaczęła instruować Dorotę co ma robić, a
lekarka przy jej (Doroty) głowie -- coś zupełnie innego. Na to położna
rzuciła krótko do rodzącej: "Proszę panią, od teraz słucha pani tylko
mnie!" Lekarka zrozumiała aluzję i wyniosła się z pokoju. :-) Wreszcie padło oczekiwane: "Proszę przeć". Dwa skurcze i Bruno był na
świecie. Gruszka, oczyszczanie dróg oddechowych, pierwszy krzyk,
wytarcie pieluszkami i hop -- do mamy na chwilę. Potem becik i... tata
mógł na moment porwać syna na ręce, pokazać babci, starszej siostrze
i... wiszącemu na Skype dziadkowi ("Ja też chcę zobaczyć, ja też, dajcie
go do kamery!" :-) ). W międzyczasie położna oceniła stan Doroty ("Łożysko jeszcze nie
idzie. Pakujemy do karetki!"). Ekipy obu karetek zaczęły się zbierać,
a ja z torbami za nimi. Jeden z ratowników powiedział mi tylko:
"Proszę jechać ostrożnie, mamy tu już dwie karetki, nie potrzeba nam
trzeciej do pana". Włączyli sygnał i pojechali. Ja ostrożnie za nimi,
stając na KAŻDYCH czerwonych po drodze (ot, moje szczęście),
zajechałem do szpitala i... odbiłem się od starego systemu: "Na
porodówkę pan nie wejdzie, proszę tu siąść i poczekać". Po godzinie położna przyszła wziąć ode mnie papiery (okazało się, że
jednej ważnej rzeczy zapomniałem i musiałem obrócić jeszcze raz w
środku nocy) i odpowiedzieć na moje ciekawskie pytania. Wróciłem do domu i po zdaniu sprawy babci Młodego, wykąpaniu się,
zjedzeniu małej przekąski, mogłem w końcu położyć się spać -- w drugim
pokoju. Dla mnie poród zakończył się o 4:00 nad ranem. A materaca nie szkoda. Stary był i trochę już skrzypiał. :-)