Nie było mnie, nie urodziłam. Czekam. Czekanie na poród to najbardziej masakryczna rzecz w całej ciąży. Ostatnie badania zrobione, przedatuja sie w poniedziałek, więc musze pojechać jutro powtórzyć. Jestem zmierzła, wszyscy i wszystko mnie drażni. Beczę bez powodu. A jak się więcej ruszam (ruch przyspiesza poród) to spojenie mi świruje i kończę z bólem w łóżku. Oszaleć można.
Ci, ktorzy piszą o "radosnym oczekiwaniu", "magii ciąży" etc są albo facetami, albo nigdy nie byli w ciąży. Do diaska z magią. Znów mam proste marzenie - niech już jest po (i niech poród jest tak szybki lub szybszy niż z Lauronkiem) i niech już jestem w domu. Siedenie te minimum dwa dni w szpitalu mnie chyba przerasta. Ale może w sumie fajnie będzie? Wezmę Kindla i książki poczytam? :P
Na razie męczy zgaga. Już powinna przejść, bo brzuch niby niżej. A nie przechodzi. A w sumie mam jeszcze czas do terminu...A już świruję. Hm, co będzie dalej, jak termin minie?